W tej historii zgadzają się jedynie dwie rzeczy – wołga i czarny kolor auta. Ta marka samochodu była w Polsce dość popularna i rzeczywiście dużo wołg było w tym kolorze. Reszta to wytwór fantazji.
Ta niezwykła legenda miała swój początek jeszcze w latach 60. W kraju rozeszła się pogłoska, że po Polsce – zwłaszcza o zmroku – można natknąć się na budzącą przerażenie czarną wołgę. Tym samochodem mieli poruszać się skryci mrokiem tajemnicy mężczyźni, którzy porywali małe dzieci. Mieli się często pojawiać w pobliżu szkół i placów zabaw. Krążyły opowieści, że samochód podjeżdżał blisko dziecka, wtedy ktoś otwierał tylne drzwi i błyskawicznie wciągał ofiarę do środka. Działo się to jednak tak szybko, że nie było wiadomo, kto siedział na tylnym siedzeniu.
Kim mieli być porywacze – tego nikt dokładnie nie wiedział. A po co porywali? Tutaj powstało kilka wersji. Każda inna. Jedna z nich miała związek z wyssaną z palca, makabryczną opowieścią o żydowskim rytuale wypieku macy, do której dodawano dziecięcą krew. Byli tacy, którzy w to wierzyli i obrażali się, jak ktoś nie dawał wiary ich opowieści.
Czytaj też: Szkoły w czasach PRL-u. Jasiu, marsz do kąta!
Według innej – równie makabrycznej historii – wołgą wywożono porwane dzieci do Niemiec lub innych zachodnich krajów, gdzie chorzy na białaczkę mieli być leczeni poprzez zażywanie także dziecięcej krwi w lekach lub byli poddawani transfuzji.
Raz jedna, raz druga historia była podawana jako bardziej prawdopodobna. Ale plotki nie ustawały. Były wprawdzie okresy, kiedy o czarnej wołdze było cicho, ale wystarczył jakiś tajemniczy wypadek, zaginięcie dziecka, żeby legenda odżywała.
Według innej plotki wołgą mieli jeździć agenci KGB lub współpracującej z nimi SB. To oni mieli stać za porwaniami dzieci, a w tle był handel dziecięcymi organami.
Mówiono też pokątnie, że te wszystkie historie o porwaniach mają związek z satanistami. Zaraz też znaleźli się świadkowie, którzy bili się w piersi, że za kierownicą tej wołgi siedziała przedziwna postać z rogami. Diabeł jak nic.
Nie brakowało też zupełnie absurdalnych historii o opętanej zakonnicy za kierownicą czy obłąkanym księdzu-egzorcyście. Tutaj nie jest wykluczone, że takie plotki rozsiewała sama władza, która latami walczyła z Kościołem. Taki opętany ksiądz byłby im na rękę.
Mnożyły się także plotki o samym samochodzie. Niektórzy zaklinali się, że widzieli taką wołgę z białym paskiem przez całą karoserię, inni przysięgali, że miał białe opony i ciemne szyby, przez które nic nie było widać. A jeszcze inni dodawali, że ich uwagę zwrócił fakt, że auto nie miało tablic rejestracyjnych. Miało za to w oknach jasne firanki.
Wołga wzbudzała też strach z innego powodu. Radzieckimi samochodami w tym kolorze jeździli w Polsce przedstawiciele władzy i tajnych służb, którzy w społeczeństwie nie wzbudzali raczej zaufania. Raczej strach. Co ciekawe, władze PRL-u wielokrotnie – także za pośrednictwem mediów – podkreślały, że czarna wołga jest jedynie wytworem fantazji. Kto by tam jednak wierzył wówczas władzy? Im więcej było oficjalnych komunikatów, że to wszystko to bzdura, tym więcej czarnych wołg widziano na ulicach.
Wszystkie te historie przekazywane z ust do ust i czasami przyjmowane jako wiarygodne spowodowały, że swego czasu można było już mówić o pewnej histerii nie tylko wśród dzieci, ale i rodziców, którzy zakazywali swoim pociechom przebywania na dworze o zmierzchu; mieli też unikać rozmowy z nieznajomymi i za żadne skarby nie zbliżać się do żadnych ciemnych samochodów.
W całym kraju dochodziło czasami do kuriozalnych sytuacji, kiedy rodzice usprawiedliwiali nieobecność swoich dzieci w szkole z uwagi na to, że dzień wcześniej ktoś widział w pobliżu szkoły właśnie czarny samochód. Chodziło oczywiście o wołgę.
W latach 70. ówczesna milicja niemal przy każdym zaginięciu dziecka w kraju, dostawała informacje od "wiarygodnych" świadków, że widzieli w pobliżu zdarzenia właśnie czarną wołgę. Nic dziwnego, że każdy właściciel takiego modelu auta w Polsce musiał się gęsto tłumaczyć przy każdej kontroli. Znane były przypadki, że niektórzy dla świętego spokoju przemalowywali auto na inny kolor, bo często przechodnie z niepokojem patrzyli na taki samochód. Zwłaszcza o zmierzchu.
Co ciekawe, legenda o tym przekroczyła granice Polski. Czarna wołga miała też straszyć w Rosji, Ukrainie, Białorusi, a nawet w Chinach.
Historycy nie mają wątpliwości. Historia o tajemniczej czarnej wołdze nie ma pokrycia w rzeczywistości. Nigdy w Polsce nie odnotowano żadnych wydarzeń, w tle których "zamieszana" byłaby ta czarna, niedobra wołga, ale żadna inna legenda nie osiągnęła tak wielkiej popularności jak ta i żadna aż tak długo nie elektryzowała społeczeństwa. Co ciekawe, o radzieckim samochodzie, który wzbudzał taki strach wśród Polaków śpiewała chociażby Katarzyna Nosowska w utworze Muka. Jak widać, ta legenda wciąż żyje. Ale spokojnie, to wciąż tylko legenda...
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.